Niby nic się nie dzieje, a ciśnienie w narodzie rośnie. Nawet u przedszkolaków stwierdza się jego wzrost. Jak przekonywać do pomiarów w każdym wieku i szukania ratunku, zanim dopadnie nas udar czy zawał? Nie wiem. Przegrywamy walkę z tą chorobą.
Na wszystkich frontach. 11 mln Polaków ma nadciśnienie tętnicze, można powiedzieć, że jest to choroba narodowa. Niebywale prosta w diagnozowaniu i leczeniu, a ani lekarze, ani chorzy sobie z nią nie radzą. Nie dlatego, że nie mamy leków, mamy – najlepsze i tanie, a dla niektórych grup wiekowych za darmo.
Więc w czym tkwi problem? W braku świadomości skutków tej choroby. Uciekamy od diagnozy, nie przestrzegamy zaleceń lekarza, nie wykupujemy leków, zapominamy o nich już po miesiącu. Później jest jeszcze gorzej. Po co łykać tabletki, skoro nadciśnienia nie widać, nie czuć, a chory „tryska” zdrowiem? Mierzenie ciśnienia tętniczego jest na ostatnim miejscu spraw do załatwienia. Tymczasem choroba ma charakter przewlekły, a leczenie – na całe życie. Głównym winowajcą w rozwoju miażdżycy jest nadciśnienie – podkreślają specjaliści.
Kto z ludzi młodych przejawia takie myślenie? Młodość ma swoje prawa. Gorzej, gdy wydolność fizyczna „siada”, a rosnące nadciśnienie pogarsza kondycję fizyczną, na dodatek utrudnia sprawność seksualną. I tym kluczem powinno się trafiać do ludzi aktywnych zawodowo.
W leczeniu też nie wypadamy dobrze. Jedynie 22 proc. osób z tym podstępnym schorzeniem osiąga cel terapeutyczny 130/80 mmHg (już nie 140/90!). Co musi się zatem stać, by pacjent zrozumiał, że nadciśnienia nie można „olewać”?
Dotychczasowe formy straszenia konsekwencjami niewiele dały, edukowanie wymaga wielu lat, ale czy ktoś wymyślił lepszy sposób niż powtarzanie, niczym mantry, że bez systematycznej kontroli tej choroby oraz dostosowanej dla każdej osoby terapii – bo takie możliwości stwarza dzisiaj medycyna – nie da się przejść przez życie, bo będzie krótkie?
Nie chowajmy głowy w piasek, że jakoś to będzie. Niekontrolowane nadciśnienie sieje spustoszenie w organizmie. Niszczy naczynia krwionośne, tętnice, niczym tsunami prawie u co trzeciego z nas. Stanowi główną przyczynę zawału serca, udaru mózgu, niewydolności serca, nerek, cukrzycy, a przede wszystkim przedwczesnych zgonów. Ale czy ktoś po udarze łączy fakty, że wszystko zaczęło się od niekontrolowanego latami ciśnienia, które rosło bezboleśnie i bezobjawowo?
Dlatego mam propozycję. Wśród naszych bliskich, przyjaciół znajdzie się ktoś, komu ciśnienie uderza do głowy, nie tylko ze stresu, otyłości, braku aktywności fizycznej, palenia papierosów, nieodpowiedniej diety czy braku snu. Czynników ryzyka jest zresztą wiele. Zwiastunem nadchodzących problemów mogą być częste uderzenia gorąca do twarzy, ból w klatce piersiowej, duszność, zaburzenia wzroku i mowy. Warto wtedy zachęcać do pójścia do lekarza, choć wiem z doświadczenia, że to trudne. By wizyta należała do owocnych, należy się do niej przygotować: prowadzić pomiary ciśnienia i tętna w zeszycie, powiedzieć lekarzowi o przyjmowanych lekach i chorobach współistniejących. Wizyta w ciemno to stracony czas lekarza i chorego. I jeśli będą potrzebne leki, przekonywać do ich wykupienia. Następnie przypominać każdego dnia o kolejnej ich dawce i pilnować, by za żadne skarby nie rezygnował/ła z terapii, bo choroba czeka na nasze potknięcia. Wsparcie najbliższych i przyjaciół jest równie cenne jak lek, a wymaga tylko jednego – konsekwencji. Efektów nie zobaczymy od razu, ale będą odczuwalne w dobrym samopoczuciu, lepszej wydolności sercowo-naczyniowej i dłuższym życiu. Obniżenie ciśnienia skurczowego o 10 mm Hg zmniejsza ryzyko powikłań wynikających z tej choroby o 20 proc., w tym niewydolności serca o 28 proc., udaru mózgu o 27 proc. oraz ogólnej śmiertelności o 13 proc. Jest więc o co walczyć.
Czy zatem jesteśmy w stanie odwrócić ten niekorzystny trend, czy raczej przegrywamy batalię, w której rocznie z powodu tej choroby umiera wiele tysięcy z nas? Polskie Towarzystwo Nadciśnienia Tętniczego w swojej „Misji 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” zapisało szczytne cele. Eksperci zakładają, że do 2030 r. połowa pacjentów z nadciśnieniem tętniczym osiągnie zakładane cele terapeutyczne. Czy to realne?
Jestem z natury optymistą, podobne mechanizmy zadziałały już na Słowenii, dlaczego nie miałoby się udać u nas? Dużo zależy od podejścia lekarzy POZ, którzy każdą wizytę powinni rozpoczynać od mierzenia ciśnienia, a nie zawsze tak się dzieje, z różnych przyczyn. Od Uświadamiania językiem prostym i zrozumiałym zagrożeń, jakie niesie ta choroba.
Wiele też zależy od powtarzalności działań oraz adherencji, czyli współpracy pacjenta z lekarzem, tego, czy mówią do siebie językiem zrozumiałym i prostym o zagrożeniach, o tym, dlaczego terapia jest tak ważna, i czy pacjent ją akceptuje. Nie dotyczy to tylko dawkowania leku, ale stylu życia, aktywności fizycznej, rehabilitacji.
To długi proces, w którym nie można pójść na skróty. A jego podstawą powinny być badania przesiewowe ciśnienia w populacji noworodków. Od tego trzeba zacząć, a w bilansie sześciolatków pomiar ciśnienia powinien być konsekwentnie przestrzegany. Dane naukowe pokazują, że nadciśnienie tętnicze dotyczy 5% populacji w wieku od 0 do 18 lat, chłopców do 18 lat dotyczy nawet w 16 proc.
Zakładam, że każdy z nas chce żyć dłużej. W niewielkim stopniu możemy liczyć na NFZ czy ZUS, ale na siebie – owszem. Kontrolując ciśnienie przynajmniej raz w roku, a po 40 r.ż. częściej (u osób z nadciśnieniem 1-2 razy w tygodniu), będziemy mieli o jeden, a może i kilka problemów zdrowotnych mniej. W mojej rodzinie to się powiodło.
Ryszard Sterczyński








































































