Nie milkną spory na temat rozporządzenia Ministra Zdrowia dopuszczającego porody pod opieką położnej w szpitalach, które nie mają porodówki, ale posiadają SOR lub izbę przyjęć. Pokoje narodzin mają zastąpić nierentowne oddziały w kilku placówkach. Organizacje pacjenckie zwracają uwagę, że zagraża to utrzymaniu wysokiej jakości opieki okołoporodowej.
Spada liczba rodzących się w Polsce dzieci, a w konsekwencji wzrasta liczba zamykanych oddziałów ginekologiczno-położniczych oraz neonatologicznych. Zdaniem Ministerstwa Zdrowia system opieki zdrowotnej odpowiada na demografię zbyt wolno, generując niepotrzebne koszty. Podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. praw pacjenta uzasadnienia rozwiązań zawartych w nowym rozporządzeniu nie zostały zaaprobowane przez posłów i organizacje pacjenckie.
Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia przedstawiła posłom dane, z których wynika, że liczba porodówek w ciągu 15 lat spadła z 406 do 305. Ponadto wiele porodówek zawiesza swoją działalność. W ubiegłym roku działalność zawiesiło 27 oddziałów, a w tym już 12 oddziałów. Wykorzystanie łóżek położniczych przez niemal dekadę zmniejszyło się o 36 proc. Równocześnie działalność zawieszają lub zamykają oddziały neonatologii. W mapie potrzeb zdrowotnych na lata 2021-2026 znajduje się rekomendacja wygaszania oddziałów na których odbywa się mniej niż 400 porodów rocznie.
Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 31 stycznia dopuszcza porody pod opieką położnej w szpitalach nieposiadających w swojej strukturze porodówek. Celem tego rozwiązania jest szybki kontakt rodzącej z położną oraz zapewnienie transportu do oddziału ginekologiczno-położniczego w innej placówce. Ministerstwo szacuje, że takich pokoi porodowych będzie około sześciu w całym kraju. “SOR i izba przyjęć to nie są miejsca, gdzie z założenia mają się odbywać porody” – zaznaczyła dyr. Janiszewska-Kajka. I podkreśliła, że sam zapis o konieczności posiadania SOR czy izby przyjęć jest wymogiem organizacyjnym, a nie jest równoznaczny z odbywaniem się porodów. Rodzące będą przyjmowane w części placówki nie związanej z ruchem chorych w ramach SOR, gdzie zapewniona zostanie intymność. Sam poród będzie się tam odbywał tylko w sytuacji, gdy są niewielkie szanse na dowiezienie pacjentki do właściwego szpitala. Zadaniem położnej jest też uczestniczenie w transporcie ciężarnej lub matki i noworodka do właściwego oddziału, gdy poród już się odbył . Wynagrodzenie ryczałtowe dla placówek, które aneks taki podpiszą, wynosi 264 239 zł miesięcznie.
“Ja sobie zawsze stawiam pytanie o to, co jest ważniejsze w tych tematach. Kalkulacja, analiza, Excel, liczby, pieniądze, czy zwyczajnie w XXI wieku bezpieczeństwo rodzącej, komfort XXI wieku, bezpieczeństwo noworodka i warunki, po które zwyczajnie w XXI wieku powinniśmy sięgać i sobie na nie pozwolić” – mówiła posłanka Katarzyna Sójka, przewodnicząca parlamentarnego zespołu ds. praw pacjenta. Zwróciła również uwagę, że koszt utrzymania pokoju porodowego, który ma być wykorzystywany awaryjne, jest zbliżony do kosztów utrzymania porodówki w szpitalu powiatowym.
“Porody o których mówimy, które są zaskoczeniem, to są porody przedwczesne, a one co do zasady powinny się odbywać na oddziałach II I III stopnia referencyjności” – podkreślał Michał Dzięgielewski, pełnomocnik prezesa NFZ. Zwrócił uwagę, że zamykane są porodówki I stopnia referencyjności, co oznacza, że zajmowały się porodami fizjologicznymi, terminowymi. Konsultanci kliniczni wskazują, że aby zapewnić bezpieczeństwo rodzącym, oddział położniczy powinien przyjmować minimum 400 porodów rocznie. Michał Dzięgielewski ocenił, że do likwidacji niektórych porodówek przyczyniły się same ciężarne – wybierając dalej położone szpitale, w większych miastach. Taki mechanizm doprowadził jego zdaniem do zamknięcia porodówki m.in. w szpitalu w Lesku.
Posłanka Ewa Leniart (PiS) nie zgodziła się ze stwierdzeniem, że to kobiety wybierając położone dalej szpitale doprowadziły do zamknięcia oddziału ginekologiczno-położniczego w szpitali w Lesku. Zauważyła, że pacjentki mieszkające w Bieszczadach np. w Ustrzykach Dolnych, do najbliższej porodówki, która jest w Krośnie, mają prawie 90 km, a czas dojazdu pogarsza jeszcze dodatkowo nienajlepsza infrastruktura drogowa w tej części kraju. -“Jak wygląda sytuacja kobiet w ciąży, które zbliżają się do terminu porodu? Ano tak, że mąż wyszukuje mieszkanie na wynajem w Krośnie na miesiąc przed planowanym terminem porodu. Umieszcza tam swoją żonę. Sam organizuje opiekę dla pozostałych dzieci, jeżeli są, oraz domu, który pozostaje pod jego pieczą. Kobieta natomiast w wynajętym mieszkaniu oczekuje na rozwiązanie. Trudno więc przyjąć pana narrację, że kobiety same wybrały, bo nie chciały rodzić w Lesku”. I dodała, że ostatnia porodówka w Bieszczadach mogła zostać uratowana, ale element ekonomiczny przysłonił kwestie bezpieczeństwa. “Natomiast element ekonomiczny, w przypadku ochrony zdrowia, musi ustąpić miejsca elementowi bezpieczeństwa zdrowotnego” – podkreśliła.
Dominika Janiszewska-Kajka wtrąciła, że to właśnie sytuacja wokół porodówki Lesku była praprzyczyną utworzenia omawianego rozporządzenia MZ i to właśnie jest rozwiązanie dedykowane takim placówką jak szpital w Lesku. “My nie protestujemy na ten model, tylko na to, że jest to jedyna odpowiedź systemowa na to co się dzieje w związku z zamykaniem się oddziałów” – podkreśliła Joanna Pietrusiewicz, prezes Fundacji Rodzić po Ludzku, zwracając uwagę, że takie rozwiązanie opisane w rozporządzeniu dotyczy tylko niewielkiej liczby porodów. “My oczekujemy od państwa, od naszych decydentów, abyście się poważnie pochylili nad tą sytuacją, bo nie można oczekiwać od kobiet żeby rodziły, jeżeli nie zapewnia się im absolutnie poczucia bezpieczeństwa, gdzie nie będą wiedziały gdzie i jak rodzić” – mówiła. Zaapelowała o branie pod uwagę opinii również organizacji pacjenckich a przykład z wynajmowaniem mieszkań, o którym wspominała posłanka Leniart – to przerzucenie odpowiedzialności z państwa na kobiety w ciąży.
Prof. Ewa Barcz, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników podkreśliła – “W Polsce mamy jeden z najlepszych na świecie systemów opieki nad kobietą ciężarną. Nikt nie ma takich standardów i mówię tutaj o 10 lub 11 wizytach u lekarza specjalisty w trakcie trwania ciąży, liczbie badań dodatkowych, które kobieta w ciąży ma wykonywane, szczepieniach dostępnych, dla ciężarnej za darmo, leków jakie pacjentka ciężarna dostaje za darmo, jak również, co ważne, badań prenatalnych do których ma dostęp w wykonaniu wysokiej klasy specjalistów lekarzy”.
W ocenie prof. Barcz, polski system opieki nad kobietą w ciąży wyróżnia się pozytywnie na tle wielu europejskich państw – “W ilości rodzących się dzieci to, że kobiety nie wiedzą, gdzie urodzą jest najmniej istotne, jeżeli chodzi o decyzję o zachodzeniu w ciążę”. Opisała także zagrożenie, jakie niesie za sobą oddział, w którym jest mało pacjentek. Placówka w której odbywa się 400 porodów rocznie, zatrudnia minimum 8 lekarzy ginekologów-położników, 4-8 lekarzy anestezjologów itd. – “Taki lekarz widzi trzydzieści porodów rocznie. Czy któraś z pacjentek poszłaby świadomie rodzić do kogoś kto widzi poród raz na tydzień, robi cięcie cesarskie raz na dwa tygodnie?”. Jeszcze rzadziej lekarz ma wówczas do czynienia z komplikacjami, takimi jak np. przedwcześnie odklejone łożysko czy stan przedrzucawkowy.
“Teraz wyobraźmy sobie, że jeden z tych lekarzy, z miejsca gdzie te świadczenia udzielano rzadko, przechodzi do miejsca gdzie tych porodów jest więcej (…)” – mówi podkreślając ryzyko dla bezpieczeństwa pacjentek. To samo dotyczy anestezjologów z takiego oddziału. Umiejętności medyczne rzadko ćwiczone słabną z czasem. “To, że oddziały z tym najmniejszym wolumenem się zamykają, działa jedynie na korzyść” – powiedziała prof. Barcz, wskazując że decyzje resortu mają wzmocnić bezpieczeństwo rodzących.
“Te dwie rzeczy o których tu mówimy są wzajemnie sprzeczne. Z jednej strony mówimy, że ludzie, którzy za mało praktykują, nie mają za dużo doświadczenia. A z drugiej strony mówimy, że rozwiązaniem będzie położna, która czasem, w wyjątkowej sytuacji będzie musiała udzielić pomocy nagłej, a więc to wymaga wielkiego doświadczenia” – zwróciła uwagę Joanna Pietrusiewicz.
“Rodzi się znak zapytania. Czy rozmawiamy o bezpieczeństwie pacjentki w oddziale ginekologiczno-położniczym w szpitalu powiatowym, który ma ten wymiar nieakceptowany pod kątem ekonomicznym, czy rozmawiamy o bezpieczeństwie pacjentki na SOR, gdzie nawet w pomyśle tego rozporządzenia nie zostało zapewnione zabezpieczenie w postaci lekarza specjalisty ginekologii i położnictwa?” – pytał Marcin Martyniak, były wiceminister zdrowia a aktualnie dyrektor naczelny Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach. Jak ocenił, pojawia się również problem, kto weźmie na siebie tak dużą odpowiedzialność. Są także problemy praktyczne: co będzie z zapewnieniem znieczulenia do porodu, które obecnie przysługuje każdej rodzącej na życzenie – “To rozporządzenie ma z tych zakładanych sześciu szpitali zrobić stacje przesiadkowe. Nie zgadzam się, że jest to na korzyść. To budowanie alternatywnej ścieżki obsługi pacjentki, która jest w ciąży. Jest to pewnego rodzaju rozmontowywanie systemu”.
“Obecność położnej i zapewnienie gotowego transportu daje większą gwarancję niż nic. Czyli niż SOR, na którym są tylko ratownicy i lekarz internista. Taki poziom bezpieczeństwa jest wyższy niż żaden” – odpowiedział Michał Dzięgielewski. “Pana logika miałaby sens, gdyby nie było równolegle likwidacji porodówek w szpitalach powiatowych” – skwitował Marcin Martyniak.








































































