Z tym, że lekarze powinni zarabiać godnie zgadzają się wszyscy. W końcu ratują nasze życie i zdrowie. Tylko ile kosztuje ten ratunek? W tym roku na same wynagrodzenia w ochronie zdrowia wydamy ok. 30 procent całego budżetu NFZ. 60 mld to pieniądze przeznaczone wprost na pensje lekarzy. Biorąc pod uwagę, że „w systemie”, czyli w placówkach mających kontrakty z NFZ pracuje 141 tysięcy medyków, oznacza to, że średnia na lekarza wynosi ponad 34 tys. zł miesięcznie brutto.
Warto przypomnieć, że trzy czwarte specjalistów pracuje na kontraktach, dzięki czemu dodatkowo otrzymują pieniądze za dyżury oraz procent od świadczenia – dotyczy to głównie zabiegowców. „Faktury na 100 tysięcy to norma, ale zdarzają się i takie na 300 tys. Dużo? Tyle płacą i inne szpitale, więc nie mam wyjścia, muszę zapłacić by zatrzymać specjalistów” – wyjaśnia nam dyrektor jednego ze stołecznych szpitali. W dodatku tylko ok. 25 procent lekarzy pracuje tylko w jednym miejscu.
Dla porównania na pensje 240 tys. osób wykonujących inne zawody medyczne „idzie” ok. 40 mld zł. Pielęgniarka z tytułem magistra dostanie od lipca 11 485 złotych brutto, czyli na “rękę” około 8 tysięcy. Nie mówiąc o innych grupach zawodowych. Większość Polaków zarabia w granicach 6500-7500 brutto miesięcznie (czyli 4700-5400 na rękę). Jak podaje GUS połowa pracujących Polaków zarabia mniej niż ok. 7200 zł brutto (ok. 5200 zł netto), a 3 mln pracujących, czyli 15 proc. dostaje płacę minimalną. Powyżej 10 tys. zł brutto miesięcznie zarabia 1,8 mln rodaków. Nic dziwnego, że zarobki medyków rozpalają gorące społeczne dyskusje.
„Taka wysokość pensji to m.in. efekt zmian w ustawie o wynagrodzeniach, ale to przede wszystkim cena spokoju – politycy postanowili tyle zapłacić, żeby nie mieć protestów medyków na ulicach” – komentuje dla mZdrowie Anna Gołębicka, ekonomistka zasiadająca w radzie NFZ z ramienia Ministerstwa Finansów. To oznacza też, że sektor prywatny nie jest już konkurencyjny wobec systemu publicznego. Co zresztą widać w systematycznie przeprowadzanych badaniach przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy (OZZL) – lekarze są coraz mniej chętni do pracy w wielu miejscach.
„Lekarze chcą pracować mniej, mieć też swoje życie prywatne, a w pracy możliwość większego skupienia się na pacjencie. Lekarze chcę traktować pacjenta po partnersku, chcą bardziej jakościowego i bezpiecznego dla pacjenta i lekarza procesu leczenia” – mówi Grażyna Cebula-Kubat przewodnicząca Zarządu Krajowego OZZL. Wśród zmian, zapowiadanych prze rząd w reakcji na aferę Szpitala Południowego, ma być ustalenie maksymalnej liczby godzin oraz maksymalnych stawek godzinowych dla lekarzy. Lewica proponuje także by lekarz określił czy chce pracować w systemie publicznym czy prywatnym.
„Informacje o tym, w ilu miejscach pracuje lekarz, są od dawna w NFZ. Tak samo i to, ile godzin pracują. A to ile zarabiają widać przecież w zeznaniach podatkowych. Nie potrzeba do tego żadnych nowych regulacji – wystarczy sięgnąć po te już istniejące” – podkreśla Andrzej Sośnierz, były dyrektor Śląskiej Kasy Chorych, były prezes NFZ, który obecnie zasiada w prezydenckiej Radzie Zdrowia.
Jak mówi Anna Gołębicka, powinniśmy po pierwsze rozwiązać temat pacjenta “opłacalnego” i “nieopłacalnego” oraz medyka przepłacanego i nie, a następnie wreszcie przenieść dyskusję na poziom, jak za te pieniądze „kupić więcej zdrowia”, czyli efektywnie leczyć większą ilość pacjentów. „Potrzeba lepszej organizacji w systemie. Są szpitale bardzo dobrze zorganizowane i są takie, które sobie nie radzą – to rodzi ogromne nierówności w dostępie dla pacjentów” – tłumaczy dr Gołębicka.
„System jest scentralizowany, co oznacza, że wszystko jest w rękach ministra zdrowia. Widać to zresztą było podczas pandemii. Dlatego jeśli rządzącym coś nie odpowiada, to niech Pani Minister weźmie się do pracy i to zmieni. Tak naprawdę jest w stanie to zrobić w tydzień” – podkreśla Sośnierz.




































































